czwartek, 20 lutego 2014

#03

Wycierałam swoje mokre ciało, suchym ręcznikiem z wyszytym imieniem "Melanie". Nasmarowałam je kremem i włożyłam na siebie pidżamę. Cała reszta czynności nie zajęła mi długo czasu. Po wyjściu z łazienki postanowiłam wejść jeszcze do pokoju Boba.
Delikatnie dotknęłam swoimi dłońmi bariery, która uniemożliwiała mi dojście do niego. Poczułam jak moja skóra haczy się o dobrze wygładzone drzwi. Po krótkim odzewie otworzyłam drewniany murek i stanęłam w progu pokoju. Pisał do kogoś sms'a więc nie chciałam jakoś specjalnie mu przeszkadzać.
-Ross, mógłbyś mnie zawieźć do Kevina? -Spojrzał na mnie z zabójczą miną. -Nie powiedziałam nic tacie, uspokój się. Za nic nie pozwolił mi dojść do słowa i teraz on myśli, że palę...
Odczułam to jak dalej mierzy mnie swoim przenikliwym, głębokim wzrokiem.
-Nie mogę cię do niego podrzucić. Mark, zabronił mi ciebie wozić, bo stwierdził, że pobrudzisz mu jeszcze bardziej karoserię -zamarłam. On też był przeciwko mnie? Przecież to on palił, nie ja!
-Co? Chyba żartujesz -uniosłam kąciki ust, bez większego przymusu, choć i tak nie mogłam się zaśmiać -powiedziałeś mu, że ja się zatruwam dymem, który ty wydychasz i niszczysz każdego?! Ross! Przestajesz być moim kochanym bratem, który wspierał każdego dnia! -Widział jak bardzo się denerwuję, więc po prostu wygonił mnie ze swojego pokoju.
Zrezygnowana poszłam do mojego pokoju. Wiedziałam, że tata jest na mnie strasznie wściekły, ale jak mam mu to wszystko wytłumaczyć, skoro nie pozwala mi dojść do słowa. Rozejrzałam się powoli po całej przestrzeni, która była wypełniona rudym kolorem. Uśmiechnęłam się widząc, że kontrolka w moim telefonie miga. Podbiegłam do niego i złapałam jak najszybciej umiałam. Odblokowałam go i przyjrzałam się treści sms'a
"Jutro wyjeżdżam, więc nie przychodź. Poinformuję cię, kiedy będę wracał.  Kevin"
Westchnęłam głośno przedrzeźniając ciszę, panującą w pokoju. Odrzuciłam znudzona urządzenie. Wiedziałam, że dalsza próba korespondencyjna pójdzie na marne. No przykro mi znam swojego przyjaciela. Tak, to jedyny człowiek, któremu ufam bezgranicznie. Moment kiedy odczytałam od niego wiadomość był mieszany z jednej strony nie wiem kiedy wróci i będę ciągle samej, ale z drugiej i tak nie mogłabym do niego przyjechać, ponieważ Mark mi zabronił. W sumie nie tak mi, jak mojemu bratu zawozić mnie do niego.
Położyłam się na łóżku i nałożyłam na siebie cienką warstwę kocu. Pogrążyłam się w marzeniach, jak to robię zawsze, jednak hamowałam z wielkim przekroczeniem granicy, której tak naprawdę końca nie znam. Zacisnęłam powieki i czułam jak oplata mnie przyjemne powietrze, co było powodem, że dość szybko zasnęłam.
~*~
Słyszałam jak Ross hałasuje w pokoju obok. Otworzyłam bezwładnie oczy i patrzyłam przez długi czas w sufit, ciągle się zastanawiając czy dobrze zdecydowałam zostając samej z moim bratem. Podniosłam się do pozycji siedzącej i ukryłam swoją twarz w moich jakże chłodnych dłoniach, zazwyczaj z ranka jak i też podczas dnia, czy na koniec moje ręce bywają zimne jak lód, wychodzi na to, że zawsze takie są, ale to nie moja wina. Wzdrygnęłam się delikatnie, kiedy policzki napotkały dotyk moich łap.
Wstałam kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy jak bardzo jestem zmęczona. Pocieszałam się tylko tym, że rodziców już nie ma i bez żadnych zbędnych tłumaczeń będę mogła iść na poranny spacer... w strugach deszczu. No tak, zapomniałam że mieszkam w Londynie, więc czego ja się spodziewałam. Zaspanymi ruchami zmierzyłam ku drzwi. Pociągnęłam za chłodną, ale jednak cieplejszą niż moje dłonie, klamkę i wyszłam z pokoju.
Popijałam herbatę, którą ledwo sobie zaparzyłam. Gorąca ciecz w szybkim tempie rozlewała się po moim ciele, zostawiając ślad, na który reagowałam lekkim drgnięciem.
Udałam się do salonu. Spokojnie oklapłam na kanapę, która była jednym z najwygodniejszych miejsc w tym domu. Trzymałam biały kubek w rękach i czekałam, aż porcelana będzie zarażała ciepłem moje dłonie. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy poczułam nieznośne ciepło lądujące na mojej skórze.
-Mogłabyś -zaczął chłopak, siadając obok mnie. Zaśmiałam się, bo wiedziałam czego oczekuje. Pokręciłam przecząco głową i podałam mu wodę, która stała na stoliku od wczoraj wieczora.
-Przykro mi, ale rodzice zabronili mi tobie usługiwać, a teraz może lepiej to wylej. -Uśmiechnął się do mnie ironicznie, odbierając szklankę i odszedł.
Poczułam się trochę niezręcznie, ale od dwóch tygodni nie rozmawiamy normalnie, praktycznie wcale. Boli mnie ten fakt, ale sam zaczął mnie denerwować i dobrze o tym wie, że moja cierpliwość nie należy do tych największych.
Odłożyłam prawie pusty kubek na stolik. Wzięłam pilot i włączyłam TV. Durne wywiady z gwiazdami. Usłyszałam kroki Rossa, przewróciłam oczami i wyłączyłam ekran, który pokazywał bez użytkowe wiadomości. Zamknęłam oczy i po prostu zaczęłam myśleć.
Trzask zbitej porcelany nie pozwolił mi dłużej rozkoszować się tym, co tak naprawdę lubiłam robić. Gwałtownie podniosłam się z kanapy i spojrzałam na resztki porcelany z małą plamką herbaty. Złość zaczęła napływać do mojego umysłu jak stan, którego nienawidzę. Przyjrzałam się pomieszczeniu, w którym nie byłam sama. Ross stał z założonymi rękoma na klatce piersiowej i uśmiechał się w głupi sposób. Już otwierałam usta, żeby mu coś powiedzieć, ale on tak po prostu złapał swoją kurtkę i wyszedł z domu.
Pochyliłam się nad rozbitymi częściami i zaczęłam powoli zbierać je na szufelkę. Wiedziałam, że przez moją nieostrożność prędzej czy później kawałek porcelany skaleczy mnie, ale starałam się o tym nie myśleć. Posprzątałam całą resztę. Czułam się dumna, iż nawet jeden okruch nie wylądował w moim ciele.
Pospiesznie udałam się do pokoju i wybrałam jeden z kompletów, aby jakoś wyglądać. Musiałam zrezygnować ze spaceru, choć bardzo chciałam przejść się do jakieś knajpki. Czasami lepiej niczego nie planować i wybierać na ostatnią chwilę, co jest dla mnie trudne, ponieważ nie lubię spontanu.
Zeszłam do kuchni i zaczęłam szykować sobie kanapki, proste śniadanie przy którym nie powinnam zrobić sobie szczególnej krzywdy. Usiadłam na blacie i rozkoszowałam się swoim posiłkiem, który był naprawdę łatwy do zrobienia, ale ja z moimi zdolnościami po prostu nigdy nie chcę ryzykować. Co jakiś czas spoglądałam za okno, byłam do tego zmuszona, a może raczej przywykłam. W domu dziecka zawsze z nadzieją wyglądałam za brudne szyby, które oddzielały mnie od rzeczywistości.
Moich uszu dobiegł dzwonek, który powiadamiał o tym, że mamy gościa. Niekoniecznie gościa, czasami to jakaś poczta albo po prostu wrócił Ross, co było dziwne, bo raczej wbiegłby do domu, a nie oznajmiał, że przybył. Podniosłam się leniwie i z kanapką w ręku podeszłam do dużych drzwi. Przekręciłam kluczyk zamieszczony pod klamką i zobaczyłam pierwszy raz, na oczy, postać chłopaka który był dobrze zbudowany. Jak zareagowałam? Podskoczyłam w miejscu ze strachu.
-Dzień dobry -powiedziałam niepewnie. Przecież nie znałam faceta jak miałam się z nim przywitać, rzucić zwykłe "hej", no bez przesady.
Zmierzył mnie wzrokiem i uśmiechnął się łobuzersko.
-Cześć, jest Black? -Chciałam zagrodzić mu w jakiś sposób drogę, kiedy zaczął się wpraszać do domu, ale oczywiście poszło to na marne.
Chłopak szybko się rozgościł, bo już po chwili podjadał jedną z moich kanapek, którą popijał sokiem pomarańczowym.
-Przepraszam, kto? -Po trochę dłuższym czasie znalazłam się obok niego.
-Ross -urwał krótko.
-Nie, nie ma go. Wyszedł z domu, nie tłumaczył się. Przekażę mu, że pan był, więc -chłopak zaśmiał się ironicznie. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, a ten tylko wstał i musiał mieć nade mną wyższość, bo jak to by było, gdyby Melanie Black była choć trochę większa.
-Po pierwsze, poczekam. Po drugie jeśli sam mnie zobaczy, nie będziesz musiała mu tłumaczyć. Po trzecie, żaden pan tylko Niall, Niall Horan. Ty pewnie jesteś Melanie, siostra Blacka. -Wypaplał, a ja starałam się nie dopuszczać do uszy, jego głosu. Blondyn nie dawał mi spokoju swoją wysoką sylwetką, więc musiałam po prostu odejść od niego.



Okey, więc trochę wyjaśnię. Rozdział miał być dużo krótszy, ale stwierdziłam, że mogłabym już coś więcej napisać. To głupio brzmi, ale tak jest. Ogólnie wczoraj miałam dodać, ale nie miałam czasu, teraz też nie mam, ale już dodaję. Tak, więc ja spadam.
Czytasz? Komentuj! ;D

sobota, 15 lutego 2014

#02

Siedziałam w bezruchu i przyglądałam się omijanym obiektom, które wydawały się dość logiczne. Czasami po prostu gadam o czymś co wydaje się być zwykłym tematem, ale niektórzy, czyli większość, uznają mnie za jakąś psychopatkę. Nie rozumiem czemu ludzie tak bardzo są do mnie zrażeni, chyba nie przez to, że mój ojciec jest policjantem. Na pewno nie przez to. Zamknęłam oczy, ale nie na długo. Usłyszałam dźwięk kierunkowskazu i od razu otworzyłam swoje powieki. Przyglądałam się tylko jak to mój brat skręca na naszą posesję, która nie powiem była dość interesującym punktem obserwacji. Zazwyczaj ludzie podziwiali ten dom. Nie wiem czemu, to chyba normalne, że policjant i prawniczka dobrze się ustawią, czy się mylę? Otworzyłam drzwiczki i powoli wyszłam z wysokiego samochodu. Poczekałam, aż Ross zamknie wejście garażowe i dołączy do mnie. W tym czasie ja szukałam kluczy przed ciemnymi drzwiami naszego schronienia. Wiem to brzmi, jakbyśmy byli bezdomni, ale nie znam wielu porównań. Otworzyłam dużą barierę dzielącą nas od ciepłej, rodzinnej atmosfery. Weszłam pierwsza, a za mną wszedł brunet o wysokim wzroście, zawsze czułam się przy nim jakbym była jakimś karzełkiem, przy każdym tak się czułam.
-Melanie, Ross! Szybko umyjcie ręce i chodźcie jeść. -Dobiegł nas głos mamy. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy usłyszałam zbędny komentarz mojego brata.
Poszłam do jednej z łazienek i zamoczyłam ostrożnie swoje suche dłonie, pod bieżącą wodą, która jak zawsze była ciepła. Uderzanie mojej opalonej skóry, cieczą płynącą z rurki, było dla mnie zapomnieniem o tym, że w jadalni czekają na mnie z jedzeniem. Wytarłam swoje ręce o puchaty ręcznik i odwiesiłam go na haczyk.
Powolnym krokiem zaszłam do jadalni, gdzie siedzieli już wszyscy, oczywiście oprócz Marka. Tradycja w naszej rodzinie była prosta - nie odzywamy się do siebie podczas posiłków. Skonfiskowałam swoją wyznaczoną porcję i czekałam na resztę. Zauważając, że skończyli wstałam i zaczęłam sprzątać ze stołu, chowając od razu wszystkie brudne naczynia do zmywarki. Ross chciał mi pomóc, ale mama zatrzymała go na rozmowie. Nie chciałam wnikać, jakoś czułam, że nie chcą mówić o tym przy mnie. Wychodząc z kuchni zaczęłam kierować się do salonu, w którym siedziała dwójka.
Opadłam na miękki fotel. Wszystko było dla mnie wygodne, liczyło się to, że nie musiałam siedzieć na betonie, to tak wiele? Zaśmiałam się. Od samego początku byłam wyłączona, nie miałam zamiaru pogłębiać się w rozmowę moich bliskich.
-Córciu, słyszysz? -Wyrwał mnie głos matki. Wzdrygnęłam się i spojrzałam na nią pytającym spojrzeniem. -Jedziesz z nami do Europy, czy zostajesz tu samej z twoim bratem? -Zadała mi pytanie, które pewnie powtórzyła.
Wiedziałam, że chce uzyskać odpowiedź za kilka sekund, ale nie mogłam podjąć teraz decyzji jako spontan. Spojrzałam na nią błagalnie, wyczuła o co mi chodzi, więc nie naciskała. Oboje z ojcem nauczyli się do tego, że zawsze myślę potem mówię. Nigdy nie miałam napadu furii przy tych ludziach, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, czego szczerze się bardzo boję.
Mama wyszła z salonu kierując się do łazienki, a później do sypialni. Zazwyczaj miewała ciężkie dni, praca w kancelarii dużo ją kosztuje. Zostałam sama z chłopakiem do którego zazwyczaj zwracałam się Bob, nie wiem czemu, ale jakoś weszło mi to w nawyk, wiem to nie jest powiązane w żadnym stopniu do jego prawdziwego imienia, ale przeze mnie, większość tak do niego mówiła, za co często chciał mnie ukatrupić. Przecież to takie piękne imię.
-Bob -zaczęłam, ale ten od razu zmroził mnie swoimi oczami. -Co myślisz o tym wyjeździe? -kolejne, nadzwyczaj proste pytanie zostało zadane przez moją osobę.
Spojrzał na mnie zmieszany w pewnym stopniu i uśmiechnął się głupkowato. Dźgnęłam go palcami w brzuch, za ten wyraz twarzy.
-Wiesz dobrze, że wolałbym abyś została ze mną -patrzyłam na swoje nogi, tak, tak wiem, bardzo oryginalne. -Z kim mam się kłócić, jak nie z tobą? -Rzucił we mnie poduszką. Owszem rozbawiło mnie to, ale zmartwiła mnie jego wypowiedź.
-Ross, my się nie kłócimy -przypomniałam chłopakowi, który oparty był wygodnie o gąbkę, znajdującą się pod materiałem, który ją pokrywał. Sprostowałam swoje kości i wstałam z mojego miejsca odpoczynku.
-Kiedyś trzeba zacząć. -Powiedział to z zamiarem. Chwila, co? Mój brat, którego uwielbiałam ponad wszystko chce zacząć kłócić się z własną siostrą?
Patrzyłam na niego z lekkim niedowierzaniem. Przecież... Straciłam siły i kierowałam się do gabinetu mamy, chciałam wydrukować kolejny tekst, który mógł przydać się Kevinowi. Ross nie miał tego pewnie na myśli. Zebrałam kartki i pomaszerowałam z nimi do mojego pokoju.
Odpychając dość lekką powłokę drzwi, weszłam do środka i odłożyłam papiery do teczki z prostym napisem, który znał każdy mieszkaniec tego jakże pięknego domu. Przeplotłam kartonik, gumowym "zamykaniem" sama nie wiem jak to profesjonalnie nazwać, ale nie chcę tu drążyć jednego, bezsensownego tematu. Schowałam moją tajną skrytkę pod łóżko i udałam się ponownie do salonu, gdzie był już mój tata. Powoli zeszłam z ostatniego stopnia, kierującego mnie na parter i zmieszałam się na to jak poczułam zapach tytoniu.
-Melanie czy ty palisz papierosy? -Oskarżenie z ust komisarza wypadło na mnie. Znieruchomiałam.
To oznaczało, że ojciec nic nie wie... Każdy wiedział, ale nie on. Znowu ja mam tłumaczyć, ugh. Przełknęłam ślinę i podeszłam do stołu w jadalni, gdzie Mark zajadał się odgrzewanym obiadem, a mojego brata tam nie było. No jasne, czego się miałam spodziewać po Rossie? W końcu chodzi o niego, a sam nigdy nie umie się usprawiedliwić.
-Nie tato. Po prostu -spojrzał na mnie surowo, jakbym kłamała, a on znał prawdę.
-Wiesz, że nie toleruję niszczenia swojego zdrowia, a ty bezczelnie palisz papierosy w domu! -Podniósł ton głosu. Zdarzyło mu się to może drugi raz, odkąd tu jestem.
Poczułam jak moje serce przyspiesza. Jak miałam mu udowodnić, że to nie ja?! To było logiczne, że nie da mi dojść do słowa.
-Wysłuchaj mnie -próbowałam dalej.
Wstał gwałtownie i zostawił nieruszone drugie danie, gdyby nie to, że obok spała mama, pewnie zasunąłby bardzo głośno krzesło, jednak powstrzymał się i wyszedł z jadalni, zostawiając mnie samą. Miałam łzy w oczach. Rzadko płaczę przy ludziach, zazwyczaj w osamotnieniu. Nigdy nie wypuściłam łzy przy tacie, nigdy mi się nie zdarzyło, ale jak to powiedział Bob "kiedyś trzeba zacząć", to chyba jego wyjście z każdej sytuacji. Obracałam nerwowo oczyma i mój wzrok zatrzymał się na stercie papierów. Zrezygnowana ruszyłam w stronę kupki kartek i wzięłam jeden arkusz do mojej zimnej dłoni. Przeczytałam powoli nadruk, odłożyłam go w ostateczności, to nie moja sprawa, pomyślałam. Posprzątałam to wszystko, czego mój ojciec nie miał zamiaru robić. Zawsze nas wszystkich wyręczał, a teraz zachował się podle. Nie mówię o tym, że zostawił mnie samą z tym bałaganem, bo nie o to chodzi.



___
Miśki, mamy kolejny rozdział. Wiadomo nic się nie dzieje, no raczej. Te pierwsze będą naprawdę bardzo nudne, ale nie mogę tak nagle postawić tu tych postaci, na które tak bardzo czekacie, jeśli ktoś w ogóle czeka. Więc, komentujcie. No i polecajcie jeśli jest warto ;)

poniedziałek, 10 lutego 2014

#01

Siedziałam na komisariacie policji, znowu. Nie chodzi o to, że coś przeskrobałam, broń Boże. Często tu przesiaduję tylko i wyłącznie z jednego powodu, którego nienawidzę tłumaczyć.
Tak naprawdę jestem zamkniętą w sobie, niskiego wzrostu, osóbką. Nie mam nikogo, jedyne co to tylko rodzice, którzy są rodziną zastępczą. Kocham ich, bo to oni mi pomogli. Jeśli chodzi o rodzeństwo, mam tylko to przyszywane, dokładniej brata, ale jest dla mnie jak prawdziwy członek tej całej czteroosobowej załogi, która wspiera się wtedy kiedy powinna. Mam z nimi dobry kontakt, lepszy niż kiedykolwiek. Ross jest kimś bardzo ważnym, kiedy jego prawdziwi rodzice zgodzili się mnie zaadoptować nie opuszczał mnie na krok. Miałam wtedy 14 lat, okres dojrzewania, a jednak oni zgodzili się na to, aby podjąć to wyzwanie. Zawsze mówię o nich normalnie, nie są jakimiś obcymi ludźmi. Nazywam ich tak jak przystało w prawdziwej rodzinie.
Siedziałam spokojnie na fotelu, bo mój ojciec jest na tyle wyrozumiały, że ustąpił mi miejsca, a sam zajął się papierkową robotą. Patrzyłam jak zahipnotyzowana w punkt, daleko położony ode mnie. Naprawdę siedzenie w tym oto miejscu pracy, nie było niczym przyjemnym dla mojej osoby. Obróciłam się na siedzeniu i spojrzałam na bruneta o jasnych oczach.
-Myślisz, że mama długo będzie jeszcze jechać? -Zadałam mu proste pytanie, byłam pewna, że to nic skomplikowanego.
Spojrzał na mnie wzrokiem, którym zazwyczaj głosił nowiny, których nikt nie chciał albo on uważał za złe. Przyznam, że odrobinę mnie tym zaniepokoił, ale jednak moja kamienna twarz nigdy nie zdradzała uczuć przy pracownikach taty.
-Ross po ciebie przyjedzie -oznajmił i zaczął dalej przeglądać papiery, którymi ja już dawno bym się pozacinała.
Zrezygnowana oparłam swoją głowę o zagłówek, przyznam szczerze, był chyba jedyną udaną rzeczą w tym całym budynku - wygodny fotel. Przemieściłam się na kółkach, aby mieć lepsze widoki. Kolejny radiowóz. Wyszła z niego dziewczyna, wysoka, przeciętna nastolatka, około szesnastu lat, czerwone włosy. Wzdrygnęłam się, kiedy odnalazła moją postać schowaną za grubą warstwą szkła. Wiem, że gdyby tylko umiała zabiłaby mnie wzrokiem, ale niestety nie została obdarzona takim talentem, co było dla mnie kolejnym powodem do radości. Mark zasłonił roletę, co bardzo mnie uratowało, ale jednak nie na długo. Chwilę później drzwi przez które zazwyczaj wchodzili świadkowie, aby ich przesłuchać, zostały otworzone, a przez gruby próg przeszła drobna czerwonowłosa dziewczyna. Zaśmiała się kpiąco, widząc mnie opartą o blat drewnianego stołu.
Zerwałam się gwałtownie z najwygodniejszego materiału jaki kiedykolwiek dotykałam i chwyciłam ostatecznie kurtkę. Poczułam zimną skórę, która oplatała moje dłonie. No tak, skórzane nakrycie na ramiona, raczej nie będzie nagrzane do temperatury nad pokojowej. Jeszcze przed otworzeniem drzwi posłałam Markowi marne spojrzenie i bezuczuciowy uśmiech. Nie zadałam żadnego pytania, sądziłam że tak będzie po prostu lepiej.
Czekałam na dworze, oparta o zimny mur, który był dla mnie jak kara. Wiedziałam, że każdy kto pracuje wraz z Markiem patrzy na mnie z lekkim zażenowaniem, ale co ja poradzę na to, że nigdy nie przypadnę do gustu innym? Chciałam tak po prostu iść na pieszo do domu, ale świadomość że wyszłoby na to, iż wystawiłam mojego brata, nie dawała mi wyboru, musiałam czekać. Czułam jak moje palce zaczynają się czerwienić, od zimna które za wszelką cenę chciało wtargnąć głębiej do mojej ciemnej skóry.
Pod komisariat przyjechało białe auto, które uwielbiałam. Ogrzewanie, wygodne siedzenia, towarzystwo własnego brata. Żyć nie umierać. Podeszłam do drzwiczek, pociągnęłam za klamkę i usadziłam się na miękkim materiale, którym był obity fotel. Widziałam jak brunet patrzy na mnie, ale co miałam zrobić? Owszem jesteśmy bliscy dla siebie, ale niech on zrozumie, że też potrzebuję czasami popłakać w tak ogromnym odosobnieniu.
-Wiesz, że rodzice wyjeżdżają za dwa tygodnie do Europy? -Zagłuszył ciszę do której zaczynałam przyzwyczajać moje delikatne uszy.
Spojrzałam na niego niby z zaciekawieniem, niby z ignorancją. Zawsze byłam kiepską aktorką, więc nigdy nie umiałam dobrze udawać. Obróciłam twarz tak, aby mógł podziwiać tylko mój profil. Wbiłam swoje kolorowe paznokcie w swoje długie -jak na mój wzrost- nogi.
-Teraz już tak. Jakie masz plany na ten czas? -Mój wzrok patrzył w daleką przestrzeń, którą z czasem doganiałam, ponieważ jazda samochodem z brunetem była niemałym wyzwaniem.
-Jak to jakie? -Zaśmiał się kpiąco. -Zaproszę kilku ludzi, będziemy się świetnie bawić. -Był tak bardzo pewny tego co mówi. Czemu ja się dziwie, to przecież jego rodzice, no moi w pewnym sensie też, pozwalają mu na wszystko, ja też nie narzekam.
Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się do spojrzenia na jego nieskazitelną cerę.
-Ross, nie sądzę żeby to był dobry pomysł. -od razu ugryzłam się w język.
Znam swojego brata to dusza towarzyska, ale on zna też mnie, więc chyba powinien zgodzić się ze mną. Moje sugestie zawsze omijał mimo uszu. Czułam się czasami przy nim jak nikt, tak po prostu. Jak jeszcze chodziliśmy razem do szkoły nigdy ze mną nie rozmawiał. Zawsze byłam samotniczką, nawet w domu dziecka - gdzie nie zagościłam długo - nie miałam nikogo.
-Wiem co sądzisz i wiem też, że będziesz chciała wybić mi to z głowy, ale zrozum, że chciałbym też abyś ty mogła się zabawić. -ciągle patrzyłam na jego profil, był wpatrzony w drogę, jakby się w niej zakochał. Jest pewny wszystkiego, ale on chyba nic nie rozumie.
Poddałam się. Nie odpowiedziałam, choć to nie było pytanie. Mogłam się zacząć czepiać, większość nastolatków by to zrobiła, ale nie ja, żebym musiała zacząć się "pluć" musiałabym mieć jakiś zły dzień, co jest u mnie rzadkością.


___
Jest pierwszy rozdział. Wiadomo początki są trudne, nudne, w moim przypadku wszystko będzie dość nudne, no i takie słabe. Jeszcze nic się nie dzieje, ale w końcu zacznie, no wiadomo, kiedyś musi. No cóż... myślę, że komentarze są mile widziane. Przepraszam jeśli coś już spieprzyłam na samym początku. ;3

piątek, 7 lutego 2014

Prolog

Od małego mieszkałam w domu dziecka. Musiałam polubić to miejsce, a kiedy już straciłam nadzieję na rodzinę, nagle zostałam wybrana jako córka państwa Black. Wszystko zawdzięczam mojemu bratu, to znaczy teraz już bratu. Nie znaliśmy się, ale widział że płaczę, wiedział czego tak naprawdę bym chciała. Był bardziej pewny ode mnie. To Ross przekonał naszych rodziców na adopcje akurat mnie. Jestem mu wdzięczna i będę do końca. Jako dziecko nauczyłam się być zamkniętą osobą, jedynymi ludźmi z którymi rozmawiam to bliscy i Kevin. Nigdy nie było jakiś specjalnych kłótni między nami wszystkimi. Jednak istnieje to przysłowie "Kiedyś musi być ten pierwszy raz". Zawsze byłam pewna, że po opuszczeniu domu dziecka nigdy nie będę smutna, ale zazwyczaj zawodzę się na samej sobie.
Starałam się wmawiać sobie, że już lepiej być nie może, ale prawdą było to, że gorzej być nie mogło. Nagle tracę kontakt z rodzicami z Bobem, wszystko dzieje się tak szybko, że nie jestem w stanie nadążyć.
Poznaje nowych ludzi, nie do końca są to ludzie, których chcę znać, ale muszę pokazać jak bardzo jestem ułożoną osobą. Zgadzam się na każde warunki, ale tylko do czasu pokazuję jaka jestem na pokaz. Z czasem dowiaduję się, że ledwo jestem w stanie powstrzymać łzy, że wszystko się komplikuje nawet do tego stopnia, że muszę uciec.
Jak bardzo nie będę mogła sobie poradzić z problemami? Wiem tylko, że jeśli nie otrzymam pomocnej dłoni, upadnę na najniższe stadium. Potrzebuję pomocy od zaraz, ale czy znajdzie się ktoś kto będzie chciał pomagać tak zagubionej osobie?
Wszystkiego dowiecie się będąc ze mną na bieżąco.