Siedziałam
na komisariacie policji, znowu. Nie chodzi o to, że coś przeskrobałam,
broń Boże. Często tu przesiaduję tylko i wyłącznie z jednego powodu,
którego nienawidzę tłumaczyć.
Tak naprawdę jestem zamkniętą w sobie, niskiego wzrostu, osóbką. Nie mam nikogo, jedyne co to tylko rodzice, którzy są rodziną zastępczą. Kocham ich, bo to oni mi pomogli. Jeśli chodzi o rodzeństwo, mam tylko to przyszywane, dokładniej brata, ale jest dla mnie jak prawdziwy członek tej całej czteroosobowej załogi, która wspiera się wtedy kiedy powinna. Mam z nimi dobry kontakt, lepszy niż kiedykolwiek. Ross jest kimś bardzo ważnym, kiedy jego prawdziwi rodzice zgodzili się mnie zaadoptować nie opuszczał mnie na krok. Miałam wtedy 14 lat, okres dojrzewania, a jednak oni zgodzili się na to, aby podjąć to wyzwanie. Zawsze mówię o nich normalnie, nie są jakimiś obcymi ludźmi. Nazywam ich tak jak przystało w prawdziwej rodzinie.
Siedziałam spokojnie na fotelu, bo mój ojciec jest na tyle wyrozumiały, że ustąpił mi miejsca, a sam zajął się papierkową robotą. Patrzyłam jak zahipnotyzowana w punkt, daleko położony ode mnie. Naprawdę siedzenie w tym oto miejscu pracy, nie było niczym przyjemnym dla mojej osoby. Obróciłam się na siedzeniu i spojrzałam na bruneta o jasnych oczach.
-Myślisz, że mama długo będzie jeszcze jechać? -Zadałam mu proste pytanie, byłam pewna, że to nic skomplikowanego.
Spojrzał na mnie wzrokiem, którym zazwyczaj głosił nowiny, których nikt nie chciał albo on uważał za złe. Przyznam, że odrobinę mnie tym zaniepokoił, ale jednak moja kamienna twarz nigdy nie zdradzała uczuć przy pracownikach taty.
-Ross po ciebie przyjedzie -oznajmił i zaczął dalej przeglądać papiery, którymi ja już dawno bym się pozacinała.
Zrezygnowana oparłam swoją głowę o zagłówek, przyznam szczerze, był chyba jedyną udaną rzeczą w tym całym budynku - wygodny fotel. Przemieściłam się na kółkach, aby mieć lepsze widoki. Kolejny radiowóz. Wyszła z niego dziewczyna, wysoka, przeciętna nastolatka, około szesnastu lat, czerwone włosy. Wzdrygnęłam się, kiedy odnalazła moją postać schowaną za grubą warstwą szkła. Wiem, że gdyby tylko umiała zabiłaby mnie wzrokiem, ale niestety nie została obdarzona takim talentem, co było dla mnie kolejnym powodem do radości. Mark zasłonił roletę, co bardzo mnie uratowało, ale jednak nie na długo. Chwilę później drzwi przez które zazwyczaj wchodzili świadkowie, aby ich przesłuchać, zostały otworzone, a przez gruby próg przeszła drobna czerwonowłosa dziewczyna. Zaśmiała się kpiąco, widząc mnie opartą o blat drewnianego stołu.
Zerwałam się gwałtownie z najwygodniejszego materiału jaki kiedykolwiek dotykałam i chwyciłam ostatecznie kurtkę. Poczułam zimną skórę, która oplatała moje dłonie. No tak, skórzane nakrycie na ramiona, raczej nie będzie nagrzane do temperatury nad pokojowej. Jeszcze przed otworzeniem drzwi posłałam Markowi marne spojrzenie i bezuczuciowy uśmiech. Nie zadałam żadnego pytania, sądziłam że tak będzie po prostu lepiej.
Czekałam na dworze, oparta o zimny mur, który był dla mnie jak kara. Wiedziałam, że każdy kto pracuje wraz z Markiem patrzy na mnie z lekkim zażenowaniem, ale co ja poradzę na to, że nigdy nie przypadnę do gustu innym? Chciałam tak po prostu iść na pieszo do domu, ale świadomość że wyszłoby na to, iż wystawiłam mojego brata, nie dawała mi wyboru, musiałam czekać. Czułam jak moje palce zaczynają się czerwienić, od zimna które za wszelką cenę chciało wtargnąć głębiej do mojej ciemnej skóry.
Pod komisariat przyjechało białe auto, które uwielbiałam. Ogrzewanie, wygodne siedzenia, towarzystwo własnego brata. Żyć nie umierać. Podeszłam do drzwiczek, pociągnęłam za klamkę i usadziłam się na miękkim materiale, którym był obity fotel. Widziałam jak brunet patrzy na mnie, ale co miałam zrobić? Owszem jesteśmy bliscy dla siebie, ale niech on zrozumie, że też potrzebuję czasami popłakać w tak ogromnym odosobnieniu.
-Wiesz, że rodzice wyjeżdżają za dwa tygodnie do Europy? -Zagłuszył ciszę do której zaczynałam przyzwyczajać moje delikatne uszy.
Spojrzałam na niego niby z zaciekawieniem, niby z ignorancją. Zawsze byłam kiepską aktorką, więc nigdy nie umiałam dobrze udawać. Obróciłam twarz tak, aby mógł podziwiać tylko mój profil. Wbiłam swoje kolorowe paznokcie w swoje długie -jak na mój wzrost- nogi.
-Teraz już tak. Jakie masz plany na ten czas? -Mój wzrok patrzył w daleką przestrzeń, którą z czasem doganiałam, ponieważ jazda samochodem z brunetem była niemałym wyzwaniem.
-Jak to jakie? -Zaśmiał się kpiąco. -Zaproszę kilku ludzi, będziemy się świetnie bawić. -Był tak bardzo pewny tego co mówi. Czemu ja się dziwie, to przecież jego rodzice, no moi w pewnym sensie też, pozwalają mu na wszystko, ja też nie narzekam.
Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się do spojrzenia na jego nieskazitelną cerę.
-Ross, nie sądzę żeby to był dobry pomysł. -od razu ugryzłam się w język.
Znam swojego brata to dusza towarzyska, ale on zna też mnie, więc chyba powinien zgodzić się ze mną. Moje sugestie zawsze omijał mimo uszu. Czułam się czasami przy nim jak nikt, tak po prostu. Jak jeszcze chodziliśmy razem do szkoły nigdy ze mną nie rozmawiał. Zawsze byłam samotniczką, nawet w domu dziecka - gdzie nie zagościłam długo - nie miałam nikogo.
-Wiem co sądzisz i wiem też, że będziesz chciała wybić mi to z głowy, ale zrozum, że chciałbym też abyś ty mogła się zabawić. -ciągle patrzyłam na jego profil, był wpatrzony w drogę, jakby się w niej zakochał. Jest pewny wszystkiego, ale on chyba nic nie rozumie.
Poddałam się. Nie odpowiedziałam, choć to nie było pytanie. Mogłam się zacząć czepiać, większość nastolatków by to zrobiła, ale nie ja, żebym musiała zacząć się "pluć" musiałabym mieć jakiś zły dzień, co jest u mnie rzadkością.
___
Jest pierwszy rozdział. Wiadomo początki są trudne, nudne, w moim przypadku wszystko będzie dość nudne, no i takie słabe. Jeszcze nic się nie dzieje, ale w końcu zacznie, no wiadomo, kiedyś musi. No cóż... myślę, że komentarze są mile widziane. Przepraszam jeśli coś już spieprzyłam na samym początku. ;3
Tak naprawdę jestem zamkniętą w sobie, niskiego wzrostu, osóbką. Nie mam nikogo, jedyne co to tylko rodzice, którzy są rodziną zastępczą. Kocham ich, bo to oni mi pomogli. Jeśli chodzi o rodzeństwo, mam tylko to przyszywane, dokładniej brata, ale jest dla mnie jak prawdziwy członek tej całej czteroosobowej załogi, która wspiera się wtedy kiedy powinna. Mam z nimi dobry kontakt, lepszy niż kiedykolwiek. Ross jest kimś bardzo ważnym, kiedy jego prawdziwi rodzice zgodzili się mnie zaadoptować nie opuszczał mnie na krok. Miałam wtedy 14 lat, okres dojrzewania, a jednak oni zgodzili się na to, aby podjąć to wyzwanie. Zawsze mówię o nich normalnie, nie są jakimiś obcymi ludźmi. Nazywam ich tak jak przystało w prawdziwej rodzinie.
Siedziałam spokojnie na fotelu, bo mój ojciec jest na tyle wyrozumiały, że ustąpił mi miejsca, a sam zajął się papierkową robotą. Patrzyłam jak zahipnotyzowana w punkt, daleko położony ode mnie. Naprawdę siedzenie w tym oto miejscu pracy, nie było niczym przyjemnym dla mojej osoby. Obróciłam się na siedzeniu i spojrzałam na bruneta o jasnych oczach.
-Myślisz, że mama długo będzie jeszcze jechać? -Zadałam mu proste pytanie, byłam pewna, że to nic skomplikowanego.
Spojrzał na mnie wzrokiem, którym zazwyczaj głosił nowiny, których nikt nie chciał albo on uważał za złe. Przyznam, że odrobinę mnie tym zaniepokoił, ale jednak moja kamienna twarz nigdy nie zdradzała uczuć przy pracownikach taty.
-Ross po ciebie przyjedzie -oznajmił i zaczął dalej przeglądać papiery, którymi ja już dawno bym się pozacinała.
Zrezygnowana oparłam swoją głowę o zagłówek, przyznam szczerze, był chyba jedyną udaną rzeczą w tym całym budynku - wygodny fotel. Przemieściłam się na kółkach, aby mieć lepsze widoki. Kolejny radiowóz. Wyszła z niego dziewczyna, wysoka, przeciętna nastolatka, około szesnastu lat, czerwone włosy. Wzdrygnęłam się, kiedy odnalazła moją postać schowaną za grubą warstwą szkła. Wiem, że gdyby tylko umiała zabiłaby mnie wzrokiem, ale niestety nie została obdarzona takim talentem, co było dla mnie kolejnym powodem do radości. Mark zasłonił roletę, co bardzo mnie uratowało, ale jednak nie na długo. Chwilę później drzwi przez które zazwyczaj wchodzili świadkowie, aby ich przesłuchać, zostały otworzone, a przez gruby próg przeszła drobna czerwonowłosa dziewczyna. Zaśmiała się kpiąco, widząc mnie opartą o blat drewnianego stołu.
Zerwałam się gwałtownie z najwygodniejszego materiału jaki kiedykolwiek dotykałam i chwyciłam ostatecznie kurtkę. Poczułam zimną skórę, która oplatała moje dłonie. No tak, skórzane nakrycie na ramiona, raczej nie będzie nagrzane do temperatury nad pokojowej. Jeszcze przed otworzeniem drzwi posłałam Markowi marne spojrzenie i bezuczuciowy uśmiech. Nie zadałam żadnego pytania, sądziłam że tak będzie po prostu lepiej.
Czekałam na dworze, oparta o zimny mur, który był dla mnie jak kara. Wiedziałam, że każdy kto pracuje wraz z Markiem patrzy na mnie z lekkim zażenowaniem, ale co ja poradzę na to, że nigdy nie przypadnę do gustu innym? Chciałam tak po prostu iść na pieszo do domu, ale świadomość że wyszłoby na to, iż wystawiłam mojego brata, nie dawała mi wyboru, musiałam czekać. Czułam jak moje palce zaczynają się czerwienić, od zimna które za wszelką cenę chciało wtargnąć głębiej do mojej ciemnej skóry.
Pod komisariat przyjechało białe auto, które uwielbiałam. Ogrzewanie, wygodne siedzenia, towarzystwo własnego brata. Żyć nie umierać. Podeszłam do drzwiczek, pociągnęłam za klamkę i usadziłam się na miękkim materiale, którym był obity fotel. Widziałam jak brunet patrzy na mnie, ale co miałam zrobić? Owszem jesteśmy bliscy dla siebie, ale niech on zrozumie, że też potrzebuję czasami popłakać w tak ogromnym odosobnieniu.
-Wiesz, że rodzice wyjeżdżają za dwa tygodnie do Europy? -Zagłuszył ciszę do której zaczynałam przyzwyczajać moje delikatne uszy.
Spojrzałam na niego niby z zaciekawieniem, niby z ignorancją. Zawsze byłam kiepską aktorką, więc nigdy nie umiałam dobrze udawać. Obróciłam twarz tak, aby mógł podziwiać tylko mój profil. Wbiłam swoje kolorowe paznokcie w swoje długie -jak na mój wzrost- nogi.
-Teraz już tak. Jakie masz plany na ten czas? -Mój wzrok patrzył w daleką przestrzeń, którą z czasem doganiałam, ponieważ jazda samochodem z brunetem była niemałym wyzwaniem.
-Jak to jakie? -Zaśmiał się kpiąco. -Zaproszę kilku ludzi, będziemy się świetnie bawić. -Był tak bardzo pewny tego co mówi. Czemu ja się dziwie, to przecież jego rodzice, no moi w pewnym sensie też, pozwalają mu na wszystko, ja też nie narzekam.
Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się do spojrzenia na jego nieskazitelną cerę.
-Ross, nie sądzę żeby to był dobry pomysł. -od razu ugryzłam się w język.
Znam swojego brata to dusza towarzyska, ale on zna też mnie, więc chyba powinien zgodzić się ze mną. Moje sugestie zawsze omijał mimo uszu. Czułam się czasami przy nim jak nikt, tak po prostu. Jak jeszcze chodziliśmy razem do szkoły nigdy ze mną nie rozmawiał. Zawsze byłam samotniczką, nawet w domu dziecka - gdzie nie zagościłam długo - nie miałam nikogo.
-Wiem co sądzisz i wiem też, że będziesz chciała wybić mi to z głowy, ale zrozum, że chciałbym też abyś ty mogła się zabawić. -ciągle patrzyłam na jego profil, był wpatrzony w drogę, jakby się w niej zakochał. Jest pewny wszystkiego, ale on chyba nic nie rozumie.
Poddałam się. Nie odpowiedziałam, choć to nie było pytanie. Mogłam się zacząć czepiać, większość nastolatków by to zrobiła, ale nie ja, żebym musiała zacząć się "pluć" musiałabym mieć jakiś zły dzień, co jest u mnie rzadkością.
___
Jest pierwszy rozdział. Wiadomo początki są trudne, nudne, w moim przypadku wszystko będzie dość nudne, no i takie słabe. Jeszcze nic się nie dzieje, ale w końcu zacznie, no wiadomo, kiedyś musi. No cóż... myślę, że komentarze są mile widziane. Przepraszam jeśli coś już spieprzyłam na samym początku. ;3
Cudne *_____* Pisz dalej <3
OdpowiedzUsuńboskie do nexta :)
OdpowiedzUsuńzajebiaszcze <3
OdpowiedzUsuń