Siedziałam w bezruchu i przyglądałam się omijanym obiektom, które wydawały się dość logiczne. Czasami po prostu gadam o czymś co wydaje się być zwykłym tematem, ale niektórzy, czyli większość, uznają mnie za jakąś psychopatkę. Nie rozumiem czemu ludzie tak bardzo są do mnie zrażeni, chyba nie przez to, że mój ojciec jest policjantem. Na pewno nie przez to. Zamknęłam oczy, ale nie na długo. Usłyszałam dźwięk kierunkowskazu i od razu otworzyłam swoje powieki. Przyglądałam się tylko jak to mój brat skręca na naszą posesję, która nie powiem była dość interesującym punktem obserwacji. Zazwyczaj ludzie podziwiali ten dom. Nie wiem czemu, to chyba normalne, że policjant i prawniczka dobrze się ustawią, czy się mylę? Otworzyłam drzwiczki i powoli wyszłam z wysokiego samochodu. Poczekałam, aż Ross zamknie wejście garażowe i dołączy do mnie. W tym czasie ja szukałam kluczy przed ciemnymi drzwiami naszego schronienia. Wiem to brzmi, jakbyśmy byli bezdomni, ale nie znam wielu porównań. Otworzyłam dużą barierę dzielącą nas od ciepłej, rodzinnej atmosfery. Weszłam pierwsza, a za mną wszedł brunet o wysokim wzroście, zawsze czułam się przy nim jakbym była jakimś karzełkiem, przy każdym tak się czułam.
-Melanie, Ross! Szybko umyjcie ręce i chodźcie jeść. -Dobiegł nas głos mamy. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy usłyszałam zbędny komentarz mojego brata.
Poszłam do jednej z łazienek i zamoczyłam ostrożnie swoje suche dłonie, pod bieżącą wodą, która jak zawsze była ciepła. Uderzanie mojej opalonej skóry, cieczą płynącą z rurki, było dla mnie zapomnieniem o tym, że w jadalni czekają na mnie z jedzeniem. Wytarłam swoje ręce o puchaty ręcznik i odwiesiłam go na haczyk.
Powolnym krokiem zaszłam do jadalni, gdzie siedzieli już wszyscy, oczywiście oprócz Marka. Tradycja w naszej rodzinie była prosta - nie odzywamy się do siebie podczas posiłków. Skonfiskowałam swoją wyznaczoną porcję i czekałam na resztę. Zauważając, że skończyli wstałam i zaczęłam sprzątać ze stołu, chowając od razu wszystkie brudne naczynia do zmywarki. Ross chciał mi pomóc, ale mama zatrzymała go na rozmowie. Nie chciałam wnikać, jakoś czułam, że nie chcą mówić o tym przy mnie. Wychodząc z kuchni zaczęłam kierować się do salonu, w którym siedziała dwójka.
Opadłam na miękki fotel. Wszystko było dla mnie wygodne, liczyło się to, że nie musiałam siedzieć na betonie, to tak wiele? Zaśmiałam się. Od samego początku byłam wyłączona, nie miałam zamiaru pogłębiać się w rozmowę moich bliskich.
-Córciu, słyszysz? -Wyrwał mnie głos matki. Wzdrygnęłam się i spojrzałam na nią pytającym spojrzeniem. -Jedziesz z nami do Europy, czy zostajesz tu samej z twoim bratem? -Zadała mi pytanie, które pewnie powtórzyła.
Wiedziałam, że chce uzyskać odpowiedź za kilka sekund, ale nie mogłam podjąć teraz decyzji jako spontan. Spojrzałam na nią błagalnie, wyczuła o co mi chodzi, więc nie naciskała. Oboje z ojcem nauczyli się do tego, że zawsze myślę potem mówię. Nigdy nie miałam napadu furii przy tych ludziach, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, czego szczerze się bardzo boję.
Mama wyszła z salonu kierując się do łazienki, a później do sypialni. Zazwyczaj miewała ciężkie dni, praca w kancelarii dużo ją kosztuje. Zostałam sama z chłopakiem do którego zazwyczaj zwracałam się Bob, nie wiem czemu, ale jakoś weszło mi to w nawyk, wiem to nie jest powiązane w żadnym stopniu do jego prawdziwego imienia, ale przeze mnie, większość tak do niego mówiła, za co często chciał mnie ukatrupić. Przecież to takie piękne imię.
-Bob -zaczęłam, ale ten od razu zmroził mnie swoimi oczami. -Co myślisz o tym wyjeździe? -kolejne, nadzwyczaj proste pytanie zostało zadane przez moją osobę.
Spojrzał na mnie zmieszany w pewnym stopniu i uśmiechnął się głupkowato. Dźgnęłam go palcami w brzuch, za ten wyraz twarzy.
-Wiesz dobrze, że wolałbym abyś została ze mną -patrzyłam na swoje nogi, tak, tak wiem, bardzo oryginalne. -Z kim mam się kłócić, jak nie z tobą? -Rzucił we mnie poduszką. Owszem rozbawiło mnie to, ale zmartwiła mnie jego wypowiedź.
-Ross, my się nie kłócimy -przypomniałam chłopakowi, który oparty był wygodnie o gąbkę, znajdującą się pod materiałem, który ją pokrywał. Sprostowałam swoje kości i wstałam z mojego miejsca odpoczynku.
-Kiedyś trzeba zacząć. -Powiedział to z zamiarem. Chwila, co? Mój brat, którego uwielbiałam ponad wszystko chce zacząć kłócić się z własną siostrą?
Patrzyłam na niego z lekkim niedowierzaniem. Przecież... Straciłam siły i kierowałam się do gabinetu mamy, chciałam wydrukować kolejny tekst, który mógł przydać się Kevinowi. Ross nie miał tego pewnie na myśli. Zebrałam kartki i pomaszerowałam z nimi do mojego pokoju.
Odpychając dość lekką powłokę drzwi, weszłam do środka i odłożyłam papiery do teczki z prostym napisem, który znał każdy mieszkaniec tego jakże pięknego domu. Przeplotłam kartonik, gumowym "zamykaniem" sama nie wiem jak to profesjonalnie nazwać, ale nie chcę tu drążyć jednego, bezsensownego tematu. Schowałam moją tajną skrytkę pod łóżko i udałam się ponownie do salonu, gdzie był już mój tata. Powoli zeszłam z ostatniego stopnia, kierującego mnie na parter i zmieszałam się na to jak poczułam zapach tytoniu.
-Melanie czy ty palisz papierosy? -Oskarżenie z ust komisarza wypadło na mnie. Znieruchomiałam.
To oznaczało, że ojciec nic nie wie... Każdy wiedział, ale nie on. Znowu ja mam tłumaczyć, ugh. Przełknęłam ślinę i podeszłam do stołu w jadalni, gdzie Mark zajadał się odgrzewanym obiadem, a mojego brata tam nie było. No jasne, czego się miałam spodziewać po Rossie? W końcu chodzi o niego, a sam nigdy nie umie się usprawiedliwić.
-Nie tato. Po prostu -spojrzał na mnie surowo, jakbym kłamała, a on znał prawdę.
-Wiesz, że nie toleruję niszczenia swojego zdrowia, a ty bezczelnie palisz papierosy w domu! -Podniósł ton głosu. Zdarzyło mu się to może drugi raz, odkąd tu jestem.
Poczułam jak moje serce przyspiesza. Jak miałam mu udowodnić, że to nie ja?! To było logiczne, że nie da mi dojść do słowa.
-Wysłuchaj mnie -próbowałam dalej.
Wstał gwałtownie i zostawił nieruszone drugie danie, gdyby nie to, że obok spała mama, pewnie zasunąłby bardzo głośno krzesło, jednak powstrzymał się i wyszedł z jadalni, zostawiając mnie samą. Miałam łzy w oczach. Rzadko płaczę przy ludziach, zazwyczaj w osamotnieniu. Nigdy nie wypuściłam łzy przy tacie, nigdy mi się nie zdarzyło, ale jak to powiedział Bob "kiedyś trzeba zacząć", to chyba jego wyjście z każdej sytuacji. Obracałam nerwowo oczyma i mój wzrok zatrzymał się na stercie papierów. Zrezygnowana ruszyłam w stronę kupki kartek i wzięłam jeden arkusz do mojej zimnej dłoni. Przeczytałam powoli nadruk, odłożyłam go w ostateczności, to nie moja sprawa, pomyślałam. Posprzątałam to wszystko, czego mój ojciec nie miał zamiaru robić. Zawsze nas wszystkich wyręczał, a teraz zachował się podle. Nie mówię o tym, że zostawił mnie samą z tym bałaganem, bo nie o to chodzi.
___
Miśki, mamy kolejny rozdział. Wiadomo nic się nie dzieje, no raczej. Te pierwsze będą naprawdę bardzo nudne, ale nie mogę tak nagle postawić tu tych postaci, na które tak bardzo czekacie, jeśli ktoś w ogóle czeka. Więc, komentujcie. No i polecajcie jeśli jest warto ;)
-Melanie, Ross! Szybko umyjcie ręce i chodźcie jeść. -Dobiegł nas głos mamy. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy usłyszałam zbędny komentarz mojego brata.
Poszłam do jednej z łazienek i zamoczyłam ostrożnie swoje suche dłonie, pod bieżącą wodą, która jak zawsze była ciepła. Uderzanie mojej opalonej skóry, cieczą płynącą z rurki, było dla mnie zapomnieniem o tym, że w jadalni czekają na mnie z jedzeniem. Wytarłam swoje ręce o puchaty ręcznik i odwiesiłam go na haczyk.
Powolnym krokiem zaszłam do jadalni, gdzie siedzieli już wszyscy, oczywiście oprócz Marka. Tradycja w naszej rodzinie była prosta - nie odzywamy się do siebie podczas posiłków. Skonfiskowałam swoją wyznaczoną porcję i czekałam na resztę. Zauważając, że skończyli wstałam i zaczęłam sprzątać ze stołu, chowając od razu wszystkie brudne naczynia do zmywarki. Ross chciał mi pomóc, ale mama zatrzymała go na rozmowie. Nie chciałam wnikać, jakoś czułam, że nie chcą mówić o tym przy mnie. Wychodząc z kuchni zaczęłam kierować się do salonu, w którym siedziała dwójka.
Opadłam na miękki fotel. Wszystko było dla mnie wygodne, liczyło się to, że nie musiałam siedzieć na betonie, to tak wiele? Zaśmiałam się. Od samego początku byłam wyłączona, nie miałam zamiaru pogłębiać się w rozmowę moich bliskich.
-Córciu, słyszysz? -Wyrwał mnie głos matki. Wzdrygnęłam się i spojrzałam na nią pytającym spojrzeniem. -Jedziesz z nami do Europy, czy zostajesz tu samej z twoim bratem? -Zadała mi pytanie, które pewnie powtórzyła.
Wiedziałam, że chce uzyskać odpowiedź za kilka sekund, ale nie mogłam podjąć teraz decyzji jako spontan. Spojrzałam na nią błagalnie, wyczuła o co mi chodzi, więc nie naciskała. Oboje z ojcem nauczyli się do tego, że zawsze myślę potem mówię. Nigdy nie miałam napadu furii przy tych ludziach, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, czego szczerze się bardzo boję.
Mama wyszła z salonu kierując się do łazienki, a później do sypialni. Zazwyczaj miewała ciężkie dni, praca w kancelarii dużo ją kosztuje. Zostałam sama z chłopakiem do którego zazwyczaj zwracałam się Bob, nie wiem czemu, ale jakoś weszło mi to w nawyk, wiem to nie jest powiązane w żadnym stopniu do jego prawdziwego imienia, ale przeze mnie, większość tak do niego mówiła, za co często chciał mnie ukatrupić. Przecież to takie piękne imię.
-Bob -zaczęłam, ale ten od razu zmroził mnie swoimi oczami. -Co myślisz o tym wyjeździe? -kolejne, nadzwyczaj proste pytanie zostało zadane przez moją osobę.
Spojrzał na mnie zmieszany w pewnym stopniu i uśmiechnął się głupkowato. Dźgnęłam go palcami w brzuch, za ten wyraz twarzy.
-Wiesz dobrze, że wolałbym abyś została ze mną -patrzyłam na swoje nogi, tak, tak wiem, bardzo oryginalne. -Z kim mam się kłócić, jak nie z tobą? -Rzucił we mnie poduszką. Owszem rozbawiło mnie to, ale zmartwiła mnie jego wypowiedź.
-Ross, my się nie kłócimy -przypomniałam chłopakowi, który oparty był wygodnie o gąbkę, znajdującą się pod materiałem, który ją pokrywał. Sprostowałam swoje kości i wstałam z mojego miejsca odpoczynku.
-Kiedyś trzeba zacząć. -Powiedział to z zamiarem. Chwila, co? Mój brat, którego uwielbiałam ponad wszystko chce zacząć kłócić się z własną siostrą?
Patrzyłam na niego z lekkim niedowierzaniem. Przecież... Straciłam siły i kierowałam się do gabinetu mamy, chciałam wydrukować kolejny tekst, który mógł przydać się Kevinowi. Ross nie miał tego pewnie na myśli. Zebrałam kartki i pomaszerowałam z nimi do mojego pokoju.
Odpychając dość lekką powłokę drzwi, weszłam do środka i odłożyłam papiery do teczki z prostym napisem, który znał każdy mieszkaniec tego jakże pięknego domu. Przeplotłam kartonik, gumowym "zamykaniem" sama nie wiem jak to profesjonalnie nazwać, ale nie chcę tu drążyć jednego, bezsensownego tematu. Schowałam moją tajną skrytkę pod łóżko i udałam się ponownie do salonu, gdzie był już mój tata. Powoli zeszłam z ostatniego stopnia, kierującego mnie na parter i zmieszałam się na to jak poczułam zapach tytoniu.
-Melanie czy ty palisz papierosy? -Oskarżenie z ust komisarza wypadło na mnie. Znieruchomiałam.
To oznaczało, że ojciec nic nie wie... Każdy wiedział, ale nie on. Znowu ja mam tłumaczyć, ugh. Przełknęłam ślinę i podeszłam do stołu w jadalni, gdzie Mark zajadał się odgrzewanym obiadem, a mojego brata tam nie było. No jasne, czego się miałam spodziewać po Rossie? W końcu chodzi o niego, a sam nigdy nie umie się usprawiedliwić.
-Nie tato. Po prostu -spojrzał na mnie surowo, jakbym kłamała, a on znał prawdę.
-Wiesz, że nie toleruję niszczenia swojego zdrowia, a ty bezczelnie palisz papierosy w domu! -Podniósł ton głosu. Zdarzyło mu się to może drugi raz, odkąd tu jestem.
Poczułam jak moje serce przyspiesza. Jak miałam mu udowodnić, że to nie ja?! To było logiczne, że nie da mi dojść do słowa.
-Wysłuchaj mnie -próbowałam dalej.
Wstał gwałtownie i zostawił nieruszone drugie danie, gdyby nie to, że obok spała mama, pewnie zasunąłby bardzo głośno krzesło, jednak powstrzymał się i wyszedł z jadalni, zostawiając mnie samą. Miałam łzy w oczach. Rzadko płaczę przy ludziach, zazwyczaj w osamotnieniu. Nigdy nie wypuściłam łzy przy tacie, nigdy mi się nie zdarzyło, ale jak to powiedział Bob "kiedyś trzeba zacząć", to chyba jego wyjście z każdej sytuacji. Obracałam nerwowo oczyma i mój wzrok zatrzymał się na stercie papierów. Zrezygnowana ruszyłam w stronę kupki kartek i wzięłam jeden arkusz do mojej zimnej dłoni. Przeczytałam powoli nadruk, odłożyłam go w ostateczności, to nie moja sprawa, pomyślałam. Posprzątałam to wszystko, czego mój ojciec nie miał zamiaru robić. Zawsze nas wszystkich wyręczał, a teraz zachował się podle. Nie mówię o tym, że zostawił mnie samą z tym bałaganem, bo nie o to chodzi.
___
Miśki, mamy kolejny rozdział. Wiadomo nic się nie dzieje, no raczej. Te pierwsze będą naprawdę bardzo nudne, ale nie mogę tak nagle postawić tu tych postaci, na które tak bardzo czekacie, jeśli ktoś w ogóle czeka. Więc, komentujcie. No i polecajcie jeśli jest warto ;)
Podoba mi się sposób w jaki piszesz. Jest rozbudowany ale ciekawy. Masz zapewne sporo pomysłów na kontynuację tego opowiadania, czego szczerze ci życzę. Podoba mi się to opowiadanie mimo iż dopiero się rozkręcasz! Życzę ci wielkiej weny!
OdpowiedzUsuńA gdybyś znalazła trochę czasu, to wejdź również do mnie i proszę, zostaw po sobie jakiś ślad, ja też niedawno zaczęłam bloga ;3 http://brutality-harry-justin.blogspot.com/
Moje zdanie jest podobne do komentarza wyrzej, wiec powiem, a raczej napiszę, że bardzo mi się podoba to opowiadanie.Jest pisane przyjemnym językiem, i ma 'To coś'. Oby szybko pojawił się następny ;) <3
OdpowiedzUsuńP.S.Od jakiegoś czasu piszę na swoim blogu opowiadanie, zapraszam i mam nadzieje że się spodoba :
http://myowszytkim.blogspot.com/
czekam z niecierpliwością na następny rozdział ;3
OdpowiedzUsuń